Metallica na Werchter – relacja

Przedstawiam Wam relację z ostatniego dnia słynnego festiwalu w Werchter w Belgii. Koncert miał miejsce 1. lipca 2007, a relację tę spisałem kilka tygodni później, wciąż czując silne wrażenia z tamtego dnia…

Zapraszam do lektury!

„Wish I might, have this wish I wish tonight”
Zobaczyć Metallikę to było marzenie. Słucham ich od siedmiu lat, to mój ulubiony zespół, jestem ich wielkim fanem, dzięki nim zacząłem grać na gitarze. Ulubiony, ale nie do przesady, etap ślepej miłości się skończył i mogę powiedzieć że teraz podchodzę do tego zespołu bardziej racjonalnie. Mimo tego, marzyłem o koncercie. Nie udało się z Chorzowem w 2004 roku, rok temu też nie. W lutym br. okazało się, że zagrają na Werchter. Tym razem nie mogłem przepuścić okazji.

Co roku, od lat, przyjeżdżam w wakacje do Belgii, mój tato tu mieszka. Pracuję przez kilka tygodni i potem wracam do Polski. Terminy pasowały, koncert już po sesji egzaminacyjnej. Poprosiłem tatę by kupił bilet – życzenie zostało spełnione. Prezent na 22-gie urodziny – bilet na ostatni dzień festiwalu Werchter, jednego z ważniejszych festiwali w Europie. Muszę dodać, że nie wybierałem się jedynie na Metallikę. Tego dnia miały też zagrać inne zespoły, które już znałem i bardzo lubiłem. Mastodon. The Kooks – ich debiutancką płytę katowałem przez ostatnie pół roku. Incubus – uwielbiam ich album „A Crow Left Of The Murder”. Dodajmy do tego najsłynniejszy zespół grający indie rock – Interpol. Jedynie grupa o wiele mówiącej nazwie – !!! (czytane jako `chick chick chick`) pozostawała tajemnicą. Wszystko za 80 euro.

„There I am, on the road again”
Koncert odbywał się w niedzielę. Ostatnie dni to był istny maraton. Wtorek – czterogodzinna podróż autobusem do Lublina. Środa – powrót. Piątek, 7.00 rano – wyjazd do Belgii z Siemiatycz. Autobus, 21 godzin jazdy, z czego przespałem może dwie. Niedziela rano – wyjazd na Werchter. Najpierw ze stacji w Diegem (gdzie mieszkam teraz) do Louvain (to taki odpowiednik Lublina – miasto bardzo studenckie) – o 10.20 jesteśmy na miejscu. Stamtąd autobusy odwożą nas do Werchter (wszystkie te przejazdy wliczone są w cenę biletu na koncert). O 11 jestem na miejscu. To znaczy, wokół las i pola… I wąska droga asfaltowa. Więc Werchter to jakaś prowincja. Jakieś 1,5 km marszu z dziesiątkami które przyjechały razem ze mną i zaczyna się – stoiska z koszulkami, snack bary, namioty gdzie sprzedają piwo. Widzę przygnębionego faceta trzymającego kawałek kartonu z nabazgranym „I NEED A TICKET”. Z daleka ukazuje się olbrzymia scena. Najpierw trzeba pokonać bramki. Wolontariusze i ochrona stoją przy bramkach, nawet nie sprawdzają plecaków. Dziwne, bo przecież tego i tamtego niby nie można wnieść. Przede mną kolejny, identyczny rząd bramek. Zaczepia mnie ktoś z ochrony, mówi po flamandzku (to 2gi język urzędowy w Belgii, a Werchter podlega pod flamandzką administrację). Nie rozumiem w tym języku, ale chyba pytał o moją kartę ID. Byłby problem, bo bilet jest na imię i nazwisko ojca, nie moje. Więc mówię: „English, please”. Koleś się zakłopotał, i pokazał ręką że mogę sobie iść. Pokonuję drugi rząd bramek i wkraczam na teren festiwalu. Jest 11.15. Do Metalliki zostało prawie 9 godzin.

„I`m diggin` my way to something better”
Celem oczywiście jest zajęcie miejsca jak najbliżej sceny. Teren nie jest podzielony na sektory. Dopiero bardzo blisko sceny ustawiono rząd barierek, tam przejście dla ochrony i kamerzystów, i tuż pod sceną, po lewej i po prawej, 2 niewielkie sektory dla najwytrwalszych. Fani już się tam gromadzą, prawie same koszulki z Metalliką, wszystkie czarne. W tym momencie pali słońce, więc kto może, siedzi na ziemi i chowa się w cieniu barierek. Do koncertu pierwszego zespołu zostało ponad 1,5 godziny. Jak na razie, udało się – jestem jakieś 5 metrów od sceny. Zaczyna się oczekiwanie.

„And now I wait my whole lifetime…”
Dobiega godzina 13. Techniczni przygotowali już scenę pod występ !!!. Wracam do sektora po wizycie w toi-toiu, jak się okazuje, ostatniej w tym dniu. Sektor coraz bardziej się zapełnia. Na scenę wbiegają !!!. Siedmiu czy ośmiu facetów. I zaczynają. Mieszanka rocka z muzyką elektroniczną, trochę mi to przypomina The Music, z tym że kawałki są dłuższe i bardziej hipnotyzujące i bezkompromisowe. Perkusista jest wspomagany przez dwóch kolegów grających na bębnach. Co parę minut zamieniają się miejscami. Wokalista dosyć…specyficzny. Stoi na 2 kolumnach odsłuchowych i robi dziwne miny – dobry przykład pozera. Robi się coraz ciekawiej. Zespół wart uwagi. Publika się rozkręca, ale nie wszyscy – wielu fanów Metalliki uśmiecha się z politowaniem. Nagle wokalista odczepia mikrofon od stojaka. I rzuca na oślep tym stojakiem. Trafia jednego z szefów ochrony, stojącego w feralnym miejscu przed sceną. Wszyscy zwracają na to uwagę, tylko nie sam wokal – on chyba tego nie zauważył, patrzył w publikę w tym momencie. Groźnie to wyglądało, przybiegła pomoc medyczna. Dopiero pod koniec występu frontman przeprosił rannego ochroniarza, który pojawił się z wielkim opatrunkiem na głowie.
Zespołom występującym przed Metalliką wyznaczono po około godzinie występu. Ok. 14.20 na scenę wbiegają chłopcy z Mastodon. Jestem podekscytowany, gdyż bardzo lubię ich muzykę i mogę ich nareszcie zobaczyć na żywo. Zaczynają od `The Wolf Is Loose` z ich ostatniej płyty. Od razu zwraca uwagę niewiarygodny poziom gry perkusisty. Gitarzyści Brent i Bill trochę statyczni, nie odrywają oczu od gitar. Troy podróżuje między mikrofonem a perkusją. Przez cały występ robi groźne, a jednocześnie zabawne miny do publiki. Widać, że mało osób ich zna. Mastodonci mieszają kawałki z `Blood Mountain` i `Leviathan` – i grają moje ulubione utwory – `The Colony of Birchmen`, `Megalodon`, `Aqua Dementia`, `Blood and Thunder`, `Sleeping Giant` – marzyłem by usłyszeć ten ostatni. Ze starszych nagrań pamiętam `March of the Fire Ants`. Troy oczekuje trochę żywszych reakcji, ale się nie udaje. Basista z dezaprobatą kręci głową. W całym sektorze chyba tylko ja skandowałem `White Whale – Holy Grail`. Należą się brawa dla chłopców za poziom wykonania i zaangażowanie – przerwy między utworami, jeśli już się trafiały, nie trwały więcej jak 30 sekund.
Nie będę się rozwodził nad The Kooks, pewnie i tak mało są Wam znani. Urodzeni w latach 1985-86, grają rock alternatywny, mieszając rock, punk, funk, reggae. Wydali jeden album, z którego zaprezentowali tego dnia wszystkie utwory, dodając trochę nowego materiału. Kawał dobrego rocka, przeplatanie partii spokojnych, melodyjnych, czasem akustycznych, z punkowymi. Goraco polecam zapoznanie się z ich twórczością.
Kolejna przerwa i potem czas na Interpol. Zespół poznałem dopiero niedawno, więc nie kojarzyłem jeszcze tytułów piosenek. Było już po 17tej, w sektorze tłok. Nie jadłem nic od rana, a teraz już był taki ścisk, że nie mogłem nawet sięgnąć do plecaka po kanapkę czy napój. A pić strasznie się chciało. Na szczęście ochroniarze rozdawali zimną wodę w kubeczkach, kilkakrotnie przez cały dzień. Było dosyć duszno i pochmurnie. Mimo tego, z przyjemnością oglądałem występ Interpolu. Skupili się na materiale z albumu „Antics” – wykonali m.in. rewelacyjne kawałki z singli – „Evil” i „Slow Hands”. Dodali do tego utwory z najnowszej płyty, w tym piękny „Rest My Chemistry”. Charakterystyczny głos lidera, brzmiący jak połączenie Davida Bowie z Micheal`em Stipe (R.E.M.), hipnotyzująca gra na gitarach. W pewnej chwili zaczął padać deszcz. Ich muzyka i spadające krople robiły magiczne wrażenie, doskonale do siebie pasując…Po Interpolu zagrał Incubus. Publika już była rozruszana w pełni. Obok mnie stała pani, miała może 60 lat. Była ze swoimi dwiema córkami. Nie wiem jak ona wytrzymywała ten hałas i tłok. Przez cały czas wydawała się zadowolona, trochę jakby odurzona, bujała się do muzyki Incubusa, ręce w powietrzu, trochę mi przypominała tym zachowaniem pokolenie Dzieci – Kwiatów. Około 20tej skończył się ostatni występ przed Metalliką. Incubus zrobił świetne wrażenie i został nagrodzony brawami tysięcy zgromadzonych na Werchter. Pozostawało tylko czekać na gwóźdź programu.

„The Wait”
Przygotowanie sceny pod Metallikę trwało prawie godzinę. Ustawiono perkusję, przez scenę przewijali się kolejni techniczni. Za bębnami ustawiono podwyższoną część sceny. Nad nią zawisł olbrzymi banner „Sick of the Studio”. W sektorze coraz większe podniecenie. I coraz silniejsze przepychanie. Stałem jakiś metr od barierek, przede mną dwie, może trzy osoby. Po prawej zobaczyłem dwóch kolesi torujących sobie drogę przez innych fanów.Ustawili się koło mnie, ale i to było mało, i w końcu zaczęli wpychać się przede mnie. Po akcencie rozpoznałem, że to Amerykanie. Miałem już dosyć i w końcu spytałem mniejszego, grubszego – „What are you doing?”. Zrobił głupią minę, spojrzał na kolegę jakby oczekiwał rady, i odpowiedział – „I don`t know”. No cóż… Mimo tego, miałem doskonały widok na położoną około 6 metrów przede mną scenę. Było ciepło, słońce przebijało się przez chmury.

„Can`t tell if this is true or dream…”
Już prawie 21. Serce mi łomocze, nie mogę uwierzyć że tu jestem, że zaraz usłyszę i zobaczę moich idoli, i że na dodatek utrzymałem tak wspaniałe miejsce. Zaczyna się taśma z AC/DC. Wszyscy śpiewają „It`s a long way to the top”, także zwrotki, a na twarzach ochroniarzy widać podziw dla znajomości tekstu. Niecierpliwię się, ten kawałek wydaje się ciągnąć w nieskończoność. Zapada cisza. Po chwili zostaje przerwana krótkim dźwiękiem basu. Pewnie Robert sprawdał czy jego wiosło jest podłączone. Dźwięk, mimo że trwał ułamek sekundy, wywołuje szał w sektorach. Po minucie słychać pierwsze nuty „Ecstasy of Gold”. Na olbrzymich telebimach zawieszonych z obu stron sceny oglądam fragment ulubionego westernu Jamesa – „Dobry, zły i brzydki”, a dziesiątki tysięcy na Werchter wyśpiewują utwór Ennio Morricone dedykowany temu filmowi. „Ecstasy” dobiega końca, widzę jak z lewej strony wybiega Robert. Aparaty kilkunastu fotografów ustawionych na małej platformie przed sceną są jednak wycelowane na sam środek. Lars na stołku od perkusji, szczerzy zęby do oszalałej widowni, można się wystraszyć jego miny w tym świetle fleszy. Wyrzuca kubek w publikę, w sektor po lewej, i odlicza na talerzu perkusyjnym – raz dwa trzy cztery – i jazda – Jeźdźcy masakrują nas pierwszymi taktami „Creeping Death”. W sektorze młyn na całego. Temperatura skoczyła chyba do 60 stopni. Cudem udaje mi się utrzymać pozycję. Śpiewamy razem z Jamesem każdą linijkę. Na scenie chłopaków roznosi energia. James coraz pojawia się w innym miejscu, to wszystko dzieje się tak blisko. Nie sposób oddać w słowach wzruszenie, które czuję, gdy James i Kirk patrzą w kierunku naszego małego sektora skandującego „Die!Die!Die!”. Zastanawiam się czy któryś z nich spojrzał akurat na mnie…Śmieszna myśl, no bo skąd mogę wiedzieć czy akurat na mnie, jeśli wokół jest tyle ludzi? Skończył się „Creep”, a James po raz pierwszy zagadał do publiki – „Are you having fun? Give us some love out there!”.

Zaczęło się „For Whom the Bell Tolls”. Po odegraniu otwierającej, przesterowanej partii basu, Robert schodzi na platformę wcześniej zajmowaną przez fotografów, a więc jest o kilka kroków od nas. To jego małpie zachowanie i miny które do nas strzela…Uwielbiam go. Po tym kawałku Kirk zostaje sam na scenie i odgrywa super szybką solówkę, powitaną owacjami. Raz dwa trzy… i pojechali z następnym utworem – „Ride the Lightning”. Miażdży mnie dźwięk podwójnej stopy po partii instrumentalnej i solówce. James znów zaczyna rozmowę z publiką – „Metallica has played Werchter how many times?”. Kilka osób krzyczy „Five!”. Hetfield: „But I think number six will be the best show” i zaczął „hoo-raaah”, przypominające okrzyki Spartanów z filmu „300”. Nie oszczędzam gardła. Następnie „Disposable Heroes”. Równiutko odegrane, nie słyszę w solówce Kirka żadnych błędów. James brzmi trochę jakby był podziębiony. Ale nie poważnie. Do końca wyciąga „I was born for dyiiiiing!”. Kolejne solo Kirka, oparte na akordach które grał na początku „Disposable”. Po chwili James wychodzi na scenę, a dźwięk dobrze znanch flażoletów wprowadza „Welcome Home”. W ostatniej, instrumentalnej partii, Metallica działa jak dobrze naoliwiona maszyna – akordy Jamesa wsparte na basie Roberta, rozrywająca głośniki solówka Kirka i niewiarygodne rytmy wygrywane podwójnym basem perkusji… Następnie „…And Justice for All”. W sektorze szaleństwo, wyśpiewujemy każdą linijkę i intonujemy pierwszą część solo Hammetta. Wszystko odegrane równo, niczym nie ustępuje wersji z „Live Shit:Seattle”, gdy muzycy byli jeszcze bardzo młodzi. I kolejna gadka z publiką – „I actually liked that song. It feels good to play that again…So, my throat`s not feeling good tonight. Will you help me sing?” i wiedziałem, że w tym momencie mogą zagrać tylko jeden utwór. Chłopaki rozbujali nas „The Memory Remains”, a my się odwdzięczyliśmy, intonując przez ponad minutę słynne „na na na na” gdy już wszystkie instrumenty zamilkły. James stał w tym czasie na podwyższonej części sceny, musiał mieć piękny widok na całe Werchter. „You should see this from up here. It`s really nice…Kill`em all” i zaczęli riff naśladujący galop – „The Four Horsemen”. Co za wykonanie!

Następnie James przedstawił Roberta. Ten wszedł na podwyższoną scenę, bardzo śmiesznie uchwycił gitarę i klangiem zaczął grać solo. Lars wybija chwytliwy rytm na raz–dwa do tego jedynego w swym rodzaju utworu…”Orion” zrobił ogromne wrażenie, nie znajduję słów by opisać jakie emocje wywołała część, gdy po wyciszeniu w połowie kawałka wchodzi bas, a następnie delikatne gitary. „God Bless Mr Cliff Burton”. Po minutowej przerwie James rozpoczyna „Fade to Black”. Tradycyjnie Kirk spóźnia się z solówką na samym początku. Chwila ciszy, i …”Master of Puppets”. Szybko, agresywnie, a przy tym precyzyjnie. W sektorze młyn, coraz trudniej złapać oddech. Po tym utworze Kirk obdarza nas kolejnym solo, brzmiącym efemerycznie, jak nic co dotąd wyszło spod jego palców. Ledwo skończył grać, Lars wybija rytm i … wielka niespodzianka – „Whiplash”! „One, two, one, two, three, four”. Jeśli ktoś myśli że oni z upływem lat grają coraz wolniej, to trudno – tu nie ma co przekonywać, wystarczyłoby usłyszeć to wykonanie „Whiplash”. Perkusja działa jak maszyna, James co zwrotkę pojawia się przy innym mikrofonie, nie robi ani jednej pomyłki w śpiewie, podobnie jak Kirk w solówce. Tyle młodzieńczej energii…

„Still can`t tell if this is true or dream…”

Po pierwszej części koncertu chłopcy dają sobie (i nam) odpocząć. Wrócili po kilku minutach i rozkołysali nas grając „Sad but True”. Na koniec gasną wszystkie światła…wszystkie oprócz jednego spotlightu, wycelowanego w Jamesa, który przykląkł przed odsłuchami i wydobywał przedziwne dźwięki rozstrajając swojego czarnego explorera. Oklaskiwany, schodzi ze sceny, a za chwilę pojawia się Kirk. Stoi naprzeciw nas i na cleanie odgrywa przepiękną solówkę – nie słyszałem jeszcze nigdy tej zagrywki. Po owacjach jakimi mu podziękowaliśmy rozpoczyna intro do „Nothing Else Matters”…Kolejny kawałek który odśpiewujemy razem z Hetfieldem. Nie będące w pełni formy gardło nie pozwala mu na wyczyny wokalne, dopiero w refrenie przed solówką śpiewa w wyższym rejestrze. To dzięki temu utworowi, w wersji z symfonią, zacząłem 7 lat temu interesować się Metalliką, tym bardziej cieszyłem się mogąc usłyszeć go na żywo.

Nastała cisza, ale nie na długo…Huki wojenne dochodzące z każdej strony zapowiedziały następny numer. Ogłuszające dźwięki z taśmy robiły tym większe wrażenie gdyż stałem bardzo blisko sceny, na chwilę musiałem zatkać uszy, a wybuchający przed sceną ogień palił w twarz. „One” przetoczył się po nas jak czołg. Coraz trudniej było mi ustać w tym tłoku, każdy chciał wywalczyć lepsze miejsce. Stałem obecnie prawie w takiej samej odległości od sceny jak wcześniej, ale za to przy bocznej barierce. Ostatnie kawałki nie stanowiły zaskoczenia. Kapitalne wykonanie „Enter Sandman”, ciary przechodzą gdy James deklamuje „Hush now baby…”. Ostatnim akordom towarzyszy wspaniały pokaz sztucznych ogni wystrzeliwanych ze szczytu olbrzymiej sceny. Kolejne podziękowania od Jamesa i przerwa. Już tak blisko końca, już tylko 2 kawałki…Zastanawiam się co zagrają na 1szy bis. Krótki jam, James podchodzi do mikrofonu, a kilkudziesięciu fanów krzyczy „Seek and Destroy” zanim jeszcze frontman Metalliki zdążył coś powiedzieć. James żartuje: „You don`t know what we`re gonna play – isn`t that great?” a fani znowu „Seek and Destroy!”. James: „It`s killing me, the anticipation, who`s fucking with us?…I`ve got something to say!” – i przez kolejne 2 minuty szalejemy przy „Last Caress”.

Ułamek sekundy i „Kill`em aaall!”. Hetfield krzyczy „Seek”, a my kończymy „and destroy” – Jamesowi nie bardzo się spodobało, za słabo krzyknęliśmy, a ktoś w tłumie wrzeszczy „Get a life!” („Więcej życia!”). James dedykuje następny kawałek wszystkim wpierającym Metallikę – „We fuckin` love you” – i zachęca do śpiewania. Ale nas nie trzeba motywować. Chłopaki grają od ponad dwóch godzin, a jednak cały czas dają z siebie wszystko, do ostatniej chwili, a my przy każdym refrenie wydzieramy gardła ile tylko damy radę. To już ostatni kawałek…Jeszcze tylko tradycyjnie jam oparty na piosence AC/DC i trudno mi wierzyć, i żal mi, że skończył się pierwszy w moim życiu koncert Metalliki. Przez kolejne kilkanaście minut chłopcy są na scenie, rozrzucają kostki i frotki, ale nie udaje mi się żadnej z nich złapać. W ogóle trudno opisać to, co ludzie obok mnie robią gdy spada kostka albo frotka i nie trafia w żadne ręce, tylko ląduje na ziemi – szarpanina, walka wręcz, wygladają jakby byli w amoku a w ich kierunku nie poleciał, jakby nie patrzeć, kawałek plastiku, tylko co najmniej milion dolarów. W tym czasie stoję przy samej barierce, trzymam się jej lewą ręką, a obok mnie stoi całkiem masywny chłopak (próbujący przez sporą część koncertu złamać mi wspomnianą rękę) i trzyma flagę Danii. Larsowi została już tylko jedna pałka perkusyjna, stoi na środku sceny… i po chwili zauważa stojącego obok mnie rodaka. Podbiega, wiemy już że nie ma sensu go prosić, bo prezent zostaje wręczony młodemu Duńczykowi. Jeszcze ostatnie pożegnania zespołu i Czterej Jeźdźcy znikają ze sceny.

„The show is through, the metal is gone, it`s time to hit the road…”
I już po wszystkim. Po kilkugodzinnym hałasie w uszach dzwoni cisza. Na scenie pojawiają się technicy, zaczynają sprzątać po tym wielkim wydarzeniu. Obok mnie grupka ludzi bacznie przygląda się ziemi, szukają kostki albo frotki której nikt nie złapał. Ochroniarze pomagają przejść przez barierki – to na razie jedyna droga ewakuacji, jako że po Metallice ma zagrać jeszcze Faithless. Przeskakuję przez barierkę, ochroniarz wskazuje jedyne jak na razie wyjście – idę przejściem pomiędzy prawą częścią sceny a sektorem, ciągle zapełnionym ludźmi. Kilkadziesiąt metrów dalej natrafiam na ciężarówki ze sprzętem a potem bramkę. Wchodzę na asfaltową drogę, ale zatrzymuje mnie ochroniarz i każe mi się cofnąć. Nie zdążyłem jeszcze zejść z tej drogi jak wjechało na nią kilka czarnych mercedesów wiozących chłopaków z Metalliki. Dopiero wtedy nas wypuszczono. Najpierw szedłem razem z innymi wracającymi z koncertu, ścieżką oznaczoną strzałkami. Wkrótce zorientowałem się, że idę sam, nie wiem czemu. Szedłem polną drogą w kierunku miejsca skąd będą wyjeżdżać autobusy do Louvain. Dookoła pole, ciemno, bo lampy rozmieszczono dosyć sporadycznie, na dodatek w zasięgu wzroku ani żywej duszy – zacząłem się zastanawiać, czy nie pomyliłem drogi. Przeszedłem kilka kilometrów, w końcu natrafiłem na wolontariuszy którzy wskazali kierunek do autobusów. Po paru minutach siedziałem w prawie pustym autobusie, kierowca czekał aż wsiądzie więcej ludzi. W tym momencie byłem już wycieńczony. Od śniadania nie zjadłem prawie nic, a energii straciłem dużo. Nie miałem możliwości usiąść od momentu gdy wysiadłem z pociągu, a więc od 14 godzin, a ostatni raz byłem w toalecie przed poł doby wcześniej.
Wreszcie autobus ruszył. Jakieś pół godziny później byłem w Louvain, gdzie czekał na mnie tato. W domu zjawiliśmy się 20 minut później. Miałem zdarte gardło. Byłem odwodniony, więc wypiłem około litra wody, i poszedłem spać. W uszach cały czas jeszcze przewijały się odgłosy, bogate wrażenia długo jeszcze nie pozwoliły mi zasnąć. A rano musiałem zwlec się z łóżka jeszcze przed 7mą, żeby zdążyć do pracy…

==============================================================================
Dzień 1. Lipca 2007 będę wspominał jako jeden z najlepszych w moim życiu. Trudno znaleźć słowa odpowiadające temu, co czułem mając okazję być na Werchter i oglądać mój ulubiony zespół. Ci, którzy już mieli okazję zobaczyć Metallikę na żywo, doskonale wiedzą o co chodzi. Tym, którzy jeszcze nie mieli tej przyjemności, mogę tylko powiedzieć, że warto dołożyć wszelkich starań, zrobić wszystko, by znaleźć się na takim koncercie.
Muszę pochwalić Metallikę za ten występ. Nie bez powodu są uważani za jeden z najlepszych zespołów koncertowych. Mogę porównać ich koncert z występami dużo młodszych przecież kapel które widziałem tego dnia – Mastodon, Incubus, Interpol, i inni. To chłopaki z Metalliki dawali z siebie najwięcej – ciągle w ruchu, na całej szerokości sceny, równo grając tak złożoną przecież muzykę, podczas gdy reszta, również i Mastodon, nie ruszała się z miejsca. James miał także znacznie lepszy kontakt z publiką niż inni frontmani.
Jako pamiątkę mam nagranie z LiveMetallica, bilet, kilka zdjęć… I przede wszystkim piękne wspomnienia. The memory remains. Pamięć pozostanie.

Tommik

~ - autor: vagabondiary w dniu 17 Październik 2008.

Jedna odpowiedź to “Metallica na Werchter – relacja”

  1. Fajnie napisane. Meta na żywo to musi być coś.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.